Obraz z AI w trzy sekundy, bez konta i bez opłaty. W pliku nie ma ani słowa o tym, skąd pochodzi
Wygenerowany plik rozłożony na segmenty pokazuje, co naprawdę jest w środku. Jest w nim 604 bajty zwykłych metadanych i nic poza tym - żadnego podpisu pochodzenia, mimo że od sierpnia unijne przepisy każą takie treści oznaczać.

Na skróty
- Obraz powstaje z polskiego łącza bez zakładania konta i bez płacenia. Zajęło to 2,8 sekundy, plik ma 45 kilobajtów.
- Plik rozłożony na segmenty wygląda tak. Jest w nim jeden blok metadanych: 604 bajty EXIF-u, czyli tego samego formatu, w którym aparat zapisuje czas i przysłonę.
- W tych metadanych jest nazwa modelu, którym obraz powstał. Nie ma nic, co przeciętny człowiek odczytałby jako „to wygenerowała maszyna".
- Podpisu pochodzenia w standardzie C2PA - tego, o którym mówią platformy - w pliku nie ma wcale. Widać to po przejrzeniu pliku bajt po bajcie.
- Organizacja, która ten standard tworzy, sama pisze, że podpis da się z pliku usunąć, i dlatego dokłada do niego znak wodny.
Trzy polskie słowa wpisane wprost w adres strony i po niecałych trzech sekundach jest gotowy obraz. Bez konta, bez karty, bez ani jednego kliknięcia w zgodę. Plik rozłożony na części odpowiada na pytanie, czy niesie w sobie informację o tym, skąd pochodzi. Nie niesie.
To jest praktyczna strona całej dyskusji o oznaczaniu treści z AI. Można napisać przepis, można ogłosić standard - i nadal plik, który powstaje w trzy sekundy, wychodzi na świat czysty jak zdjęcie z telefonu.
Ile trwa i co dostajesz
Wystarczy darmowy generator działający przez zwykły adres internetowy - wpisujesz opis w adres, dostajesz obraz. Nie wymaga logowania, nie pyta o nic. Pierwszy obraz: pięćset dwanaście na pięćset dwanaście punktów, czterdzieści pięć kilobajtów, dwie i osiem dziesiątych sekundy. Drugi, większy: siedemset sześćdziesiąt osiem na pięćset dwanaście, czterdzieści dziewięć kilobajtów, podobny czas.
To ważne, bo dyskusja o generatorach obrazów toczy się zwykle wokół narzędzi, które wymagają konta i opłaty. Najłatwiej dostępna warstwa tego rynku nie wymaga żadnej z tych rzeczy, a to ona decyduje o tym, ile takich obrazów krąży po sieci.
Jeden blok metadanych, sześćset cztery bajty
Plik JPEG składa się z segmentów, a każdy ma swój znacznik. Po wypisaniu wszystkich widać jedno. Segment z metadanymi jest dokładnie jeden - EXIF, sześćset cztery bajty, ten sam format, w którym aparat fotograficzny zapisuje czas zdjęcia i przysłonę. Reszta to tablice kompresji i sam obraz.
W tym bloku jest ciekawostka: w polu przeznaczonym na producenta aparatu wpisana jest nazwa modelu, którym obraz powstał. Czyli ślad istnieje - tylko trzeba wiedzieć, czego szukać, i mieć czym zajrzeć. Żaden podgląd zdjęć w telefonie nie pokaże tego jako ostrzeżenia.
Zawartość wygenerowanego pliku
604 B
zwykłych metadanych, jak w aparacie
0 B
podpisu pochodzenia w standardzie C2PA
Sprawdzone przez wypisanie wszystkich segmentów pliku oraz przeszukanie bajtów pod kątem znaczników „c2pa" i „jumb". Kontrola metody: ciąg, o którym z góry wiadomo, że w pliku jest, został znaleziony.
Standard, który sam przyznaje się do słabości
C2PA to standard podpisywania plików informacją o pochodzeniu - kto, czym i kiedy coś zrobił. Stoją za nim Adobe, Microsoft, Google i inni, a platformy społecznościowe używają go do automatycznego oznaczania treści. Wygląda to solidnie: podpis jest kryptograficzny, więc nie da się go podrobić.
Ale podrobienie nie jest tu problemem. Problemem jest usunięcie. Organizacja pisze o tym sama, w odpowiedziach na pytania:
„C2PA supports durable credentials via soft bindings, such as invisible watermarking or fingerprinting, that can help rediscover the associated Content Credential even if it's removed from the file.”
Zdanie jest napisane spokojnie, ale mówi rzecz zasadniczą: podpis bywa z pliku usuwany, więc trzeba dołożyć drugi mechanizm - niewidoczny znak wodny - żeby dało się odnaleźć oryginał. To jest przyznanie, że sam podpis nie wystarczy.
Metadane giną łatwiej, niż się wydaje, ale nie w tym miejscu, w którym się tego szuka
Wydaje się oczywiste, że zwykłe ponowne zapisanie obrazu kasuje metadane. Test pokazuje, że nie. Wynik wychodzi odwrotny do oczekiwanego i dlatego stoi tutaj. Plik z wpisanym komentarzem przeszedł trzy operacje: zapis przez format PNG i z powrotem, zmniejszenie o połowę i zwykłe przekodowanie. Komentarz przeżył wszystkie trzy.
Ginie dopiero wtedy, gdy wydaje się wyraźne polecenie usunięcia metadanych. Rzecz w tym, że to polecenie jest w internecie normą, a nie wyjątkiem: narzędzia przygotowujące zdjęcia na strony wycinają metadane po to, żeby plik był lżejszy. Obraz nie traci podpisu przez przypadek. Traci go po drodze, w kroku, o którym nikt nie myśli.
Zrzut ekranu jest osobną kategorią i tu nie ma wątpliwości: zrzut tworzy nowy plik z pikseli na ekranie, więc niczego z oryginału nie przenosi. Nie wymaga to sprawdzania, bo wynika z tego, czym zrzut jest.
Od 2 sierpnia, i dotyczy też tego, kto narzędzia tylko używa
Unijny artykuł o obowiązkach przejrzystości wszedł w życie 2 sierpnia 2026 i nakłada obowiązek oznaczania treści generowanych maszynowo nie tylko na producentów modeli, ale też na firmy, które gotowych narzędzi u siebie używają. Sprawdzony przeze mnie generator nie wkłada do pliku niczego, co ten obowiązek by wypełniało. Odpowiedzialność spada więc w całości na tego, kto obraz publikuje.
Czytaj też
AI Act: najostrzejsze przepisy przesunięto o rok. Ale obowiązek ujawniania AI wszedł 2 sierpnia i dotyczy też małych firm
Przepisy AI Act dla systemów „wysokiego ryzyka" przesunięto z 2 sierpnia 2026 na grudzień 2027.
Źródła
Czy ten tekst Ci pomógł?
Jedno kliknięcie. Bez podawania adresu e-mail. Dzięki temu wiem, które teksty wymagają poprawy.